pl-flag en-flag

Krzysztof Korwin-Piotrowski realizacja nagrań

O moich filmach

Gliwickie lata Tadeusza Różewicza:

  • Łukasz Kałębasiak, Gazeta Wyborcza, 28.09.2010:

    Film o Różewiczu w Gliwicach rozchwytywany na świecie.
    Dzięki dokumentowi Krzysztofa Korwin-Piotrowskiego i Marii Dębicz ludzie w całej Europie dowiadują się, że Tadeusz Różewicz napisał wiele swoich największych dzieł w Gliwicach.
    Film Gliwickie lata Tadeusza Różewicza opowiada historię niemal 20 lat spędzonych przez wybitnego poetę nad Kłodnicą. Przyjechał tam z dwóch powodów. Najważniejszym była miłość, bo to właśnie w Gliwicach Różewicz się ożenił. Poza tym jednak chciał uciec od szalejącego socrealizmu i zaszyć się na prowincji. Te peryferia okazały się dla niego bardzo twórcze - napisał tu swoje najważniejsze dramaty, choćby Kartotekę, Grupę Laokoona, Naszą małą stabilizację czy Stara kobieta wysiaduje, i niezliczone wiersze.

    Z Gliwic wyruszył też w świat, podróżując do swoich zagranicznych tłumaczy i wydawców. To również pokazują Gliwickie lata.... sfinansowany przez miasto film, który miał premierę w lutym 2009 roku, wielu ludziom otworzył oczy. - Wielu widzów było zdziwionych, gdy dowiedzieli się, jak ważne dla Różewicza były Gliwice. Nawet wielu naukowców nie wiedziało, że tam napisał Kartotekę - mówi Korwin-Piotrowski. Jego dokument, podobnie jak kiedyś Różewicz, pojechał w świat. Jako najbardziej aktualny i pełny film o twórczości poety jest zapraszany do polskich teatrów i za granicę. W marcu w warszawskim Teatrze Dramatycznym został wyświetlony z okazji 50-lecia premiery Kartoteki. Oglądano go już w Berlinie, a we wtorek będzie częścią panelu o poezji Różewicza w Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w Wiedniu. A to dopiero początek. Już czekają na niego w Duesseldorfie i Nowym Jorku.

    [zamknij]

  • Małgorzata Piwowar, Rzeczpospolita, 26.02.2010:

    W Gliwicach Tadeusz Różewicz mieszkał przez 20 lat. Zaprowadziła go tam miłość do Wiesławy Kozłowskiej, późniejszej żony. To właśnie ona przepisała teksty do Ech leśnych – debiutanckiego tomu poezji wydanego w 1944 roku. Różewicz mieszkał wtedy w Krakowie, gdzie studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 1946 roku zaczął regularnie bywać w Gliwicach. Tam też odbył się ślub państwa Różewiczów i w kilkuletnich odstępach urodzili się dwaj synowie – Kamil i Jan.

    W filmie Krzysztofa Korwina Piotrowskiego cała czwórka wspomina dawne lata pochylona nad rodzinnym albumem. Pani Różewiczowa świetnie pamięta, że do miejscowej operetki chodziła sama, bo nie była to ulubiona forma rozrywki jej męża. Był raz – na Baronie cygańskim. – Do połowy – dodaje, śmiejąc się, Wiesława Różewicz.

    Lubił za to wizyty w muzeum, spędzał w nim sporo czas kontemplując obrazy. Najczęściej jednak bywał w trzech miejscowych kinach o wdzięcznych nazwach: Bajka, Apollo i Potęga. Często przyjeżdżał do niego w odwiedziny brat Stanisław, reżyser filmowy, z którym pracowali nad kolejnymi projektami. Odwiedzali go także tłumacze z zagranicy, z którymi serdecznie się zaprzyjaźniał.

    W filmie Tadeusz Różewicz opowiada z humorem i swadą dzieje powstania słynnej Kartoteki, czyta swoje wiersze. Trudno uwierzyć, że przez całe lata tak trudno było go namówić do publicznych wystąpień. Utwory poety recytują Jan Peszek, Wojciech Pszoniak i Jerzy Trela, a o nim samym opowiadają m.in. Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz i Krzysztof Penderecki.

    [zamknij]

  • Łukasz Kałębasiak, Gazeta Wyborcza, 16.11.2009:

    Marii Dębicz i Krzysztofowi Korwin-Piotrowskiemu udało się pokazać wielkiego poetę, ale też wspaniałego, pełnego humoru człowieka.

    Film rozpoczyna się od kapitalnej sceny we wrocławskim mieszkaniu Tadeusza Różewicza. Poeta zabiera się za przeczytanie wiersza Złote góry. Ale najpierw mówi do kamerzysty: - Moja twarz jest teraz mało ważna, panie operatorze. I prosi figlarnie, żeby w filmie wmontować jego głos w obraz drzewa, chmury albo księżyca.

    Bo Różewicz to śmiejący się poeta, pełen dystansu do siebie i własnej, niekwestionowanej wielkości. - On nie miał nic z pięknoduchostwa - wspominał Różewicza sprzed półwiecza Kazimierz Kutz.

    - W nim jest niesamowity żywioł komediowy i śmiech - dodaje w filmie Piotr Lachmann, poeta i tłumacz działający m.in. z Wojciechem Pszoniakiem w gliwickim teatrze studenckim STEP. Różewicz zaprzyjaźnił się z tą grupą i był z nimi nawet razem na obozie żeglarskim w Giżycku, z czego zapamiętał najlepiej góry pustych butelek pod oknami sypialni studentów. W Gliwicach pozwolił im wystawić po raz pierwszy swoje dramaty, choćby Świadków. Oprowadzający nas w filmie po mieście Pszoniak przyznał, że uważa Różewicza za swojego duchowego ojca.

    20 lat, które Różewicz spędził w Gliwicach, przyniosły wielkie dzieła. Oprócz wspaniałych wierszy powstały wtedy jego największe dramaty, z Kartoteką na czele. Przywiodła go nad Kłodnicę miłość. W Gliwicach zamieszkała i pracowała po wojnie jego przyszła żona Wiesława Kozłowska. Od 1946 do ślubu w 1949 roku przyjeżdżał do niej z Krakowa - najpierw pociągiem, potem dwoma tramwajami. Przenosząc się na Śląsk, mógł też uciec od zebrań krakowskiego Związku Literatów, które w czasach stalinizmu zamieniały się nieraz w seanse nienawiści. W Gliwicach chadzał do muzeum w Willi Caro oglądać stare martwe natury. Do dziś pamięta, że wisi tam Portret chłopca przypisywany wcześniej Hansowi Holbeinowi. Za to w operetce był tylko raz, i to do połowy spektaklu. Jego żona, która chodziła tam regularnie, spotkała męża na Baronie cygańskim. Po pierwszym akcie już go jednak nie było. - Wybiegłem, bo zaczął śpiewać sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej - śmieje się w filmie Różewicz.

    Gliwice były też dla niego oknem na świat. Stamtąd wyjeżdżał w pierwsze podróże za granicę - na Węgry, do Czechosłowacji, Włoch, Niemiec (wschodnich i zachodnich) czy Francji. Na spotkania z wydawcami i tłumaczami. Twórcy Gliwickich lat... powtórzyli ten szlak, rozmawiając z ostatnimi świadkami wypraw sprzed 40 lub 50 lat. Dzięki temu film wzbogacił się o kolejne, smaczne anegdoty, ale też ważne wyznania. Dla mnie najcenniejszym efektem tych podróży były nagrane w Berlinie słowa niemieckiego pisarza prof. Olava Münzberga. - Różewicz jest autorem, który przybliżył mi głębię cierpienia Polaków - przyznał Münzberg. W czasach, gdy Polacy i Niemcy wciąż licytują się na doznane krzywdy, takie słowa urodzonego w 1938 roku w Gleiwitz i wyrzuconego stamtąd profesora są wyjątkowo potrzebne.

    [zamknij]